środa, 28 stycznia 2015

"Nikt nigdy nie będzie w stanie cię zastąpić..."




2 lutego



Kiedy byłam małą dziewczynką, tato czytywał mi bajki przed snem. Jedną z tych, których najbardziej nie lubiłam, była historia o Kopciuszku. Pamiętam, że nie rozumiałam, dlaczego dziewczyna daje sobą pomiatać. Wyobrażałam sobie, że gdybym to ja była na jej miejscu, uciekłabym od tych okropnych babsztyli - macochy i jej paskudnych córeczek. Pamiętam, że dziwiłam się dlaczego Kopciuszek jest taką idiotką i przemilczała swoją sytuację, choć przez tyle godzin tańczyła i rozmawiała z księciem. Pamiętam, że byłam strasznie zła, gdy uciekła z balu, a później, właściwie tylko dzięki przypadkowi, poślubiła księcia. To było naiwne. I strasznie mnie rozczarowało. O wiele bardziej lubiłam "Piękną i Bestię". Ta historia do mnie przemawiała. Miała morał. Ukazywała, że miłość nie przejmuje się wyglądem czy społecznymi podziałami, a w dodatku potrafi się narodzić między tak różnymi osobami jak Bella i Bestia. To było prawdziwe życie. To była prawdziwa miłość. A nie te farmazony, jakie tej naiwniarze, Kopciuszkowi, wciskał Książę. Już jako dziecko nie widziałam w tym ani krzty sensu. Facet wmawia jej, że jest miłością jego życia, a następnego dnia nie pamięta jak wyglądała i musi jej szukać po rozmiarze buta? Litości! Kika, ogromna fanka Kopciuszka, zawsze się na mnie wściekała i tłumaczyła mi, że przecież to piękna opowieść, pełna nadziei na lepsze życie. Ja nie potrafiłam tego zobaczyć. Dziś, siedząc na lekcji chemii i przyglądając się nauczycielowi, tłumaczącemu jakąś reakcję, zaczęłam znów się nad tym zastanawiać. Może obydwie byłyśmy w błędzie? Może bajka o Kopciuszku nie jest wcale taka oczywista? Dziewczyna dostała od wróżki wspaniałą kreację, wybrała się na cudowne przyjęcie, była najszczęśliwsza na świecie. Tylko, że bal się skończył, a na nią czekały gary i popiół do zamiecenia. A Książę? Wiedział, że musi wziąć ślub, spoczywała na nim odpowiedzialność za cały kraj. Może te poszukiwania tajemniczej panny z balu były tylko ostatnim aktem desperacji? A może po prostu jestem kretynką, która rozkłada na części pierwsze historyjkę dla dzieci, bo szuka jakiegoś wytłumaczenia zachowania Snowa?
Bo kompletnie nie byłam w stanie zrozumieć tego człowieka! Ignorował mnie i traktował tak, jakbyśmy wcale nie stali się rodziną. Okay, powiedział, że to niczego nie zmienia, ale bez przesady. Dzień wcześniej był gościem w moim domu, tato zaprosił go na niedzielny obiad i, ku mojej zgryzocie, siedział do późnego wieczora, a gdy spóźniona o dwie minuty wbiegłam do klasy, rzucił sarakstyczną uwagę o wcześniejszym kładzeniu się spać. Byłam wściekła! I nawet nie miałam komu się wygadać, bo Garby'ego nie było na zajęciach. Nie miałam pojęcia dlaczego. Jak na szpilkach oczekiwałam na dzwonek. Zostało jeszcze siedem minut.
Ziewnęłam. Byłam strasznie zmęczona. Wesele trwało do siódmej rano. Tańczyłam całą noc, a w okolicach szóstej, zasnęłam na ramieniu Austina. Nie mam pojęcia jakim cudem znalazłam się w domu i w swoim łóżku, ale po dwunastej zostałam z niego wyciągnięta. To był ciężki, bardzo pracowity weekend. Nie odpoczęłam po poprzednim tygodniu, a już musiałam wracać do szkoły. Kompletnie nie byłam na to gotowa.
- Na następnych zajęciach będzie test z dzisiejszego tematu, przygotujcie się - słowa nauczyciela sprowadziły mnie na ziemię z orbity o nazwie Austin Moon i jego cudowne pocałunki.
Cała klasa jęknęła. Nikomu nie podobała się wizja zakuwania. Litości, dopiero co były egzaminy! Otworzyłam usta żeby coś powiedzieć.
- Nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu, od ciebie, Allyson także.
- Ale... - zaczełam, jednak na widok spojrzenia, które posłał mi Snow, zamknęłam usta.
Lepiej go nie prowokować. Oczywiście tylko do momentu, gdy nie wymyślę, co zrobić.
Wyszłam z sali wraz z CeCe i Rocky. Wczoraj tylko ogólnikowo streściłam im ślub i wesele. Dziś miałyśmy cały dzień, więc krok po kroku, opowiedziałam im wszystko. Włączając wujaszka Snowa, Daisy podrywającą Ausa, ciocię Beth, miłą Cass i teleportację do domu. Dziewczyny słuchały uważnie, wtrącając swoje uwagi i dopytując o interesujące je szczegóły. Rozmawiając, doszłyśmy do biblioteki. Tam się rozdzieliłyśmy. CeCe poszła poszukać Mike'a, Rocky weszła do środka, a ja udałam się na ganek. Miałam nadzieję, że spotkam tam resztę moich przyjaciół. Nie było ich. Jedyną osobą, która siedziała na ławce był Garby.
- Ty zdrajco! - krzyknęłam. - Zostawiłeś mnie samą na chemii! Snow zapowiedział na jutro test.
- Ciebie też miło widzieć, Alls - prychnął blondyn.
Przyjrzałam mu się uważnie. Wyglądał jakoś inaczej.
- Mów - usiadłam po turecku obok niego.
- Myślałem cały weekend o tej sytuacji z Kim.
Teraz ostrożnie, Ally, nie daj po sobie poznać, że wiesz więcej niż chcesz zdradzić.
- I do jakich wniosków doszedłeś? - zapytałam.
To było bezpieczne pytanie. Dokładnie takie, jakie przyjaciółka zadałaby przyjacielowi.
- Z kim Kim spędza najwięcej czasu? - chłopak odpowiedział pytaniem.
- Wyłączając ciebie? - cholera, nie podoba mi się to. - Z Jackiem. I Emmą. I CeCe.
- Bingo! - zawołał zadowolony.
Nie rozumiałam co go tak cieszy.
- I? - spojrzałam na niego uważnie.
- Jack to twój brat, Emma jest dla ciebie jak siostra, a CeCe to twoja przyjaciółka - wyliczył na palcach. - Mnie nie powiedzą prawdy, ale tobie owszem.
- Chwila - czy to jest jakiś żart?! - chcesz żebym szpiegowała twoją dziewczynę?
- Od razu "szpiegowała" - wywrócił oczami. - Podpytaj tylko.
Czułam się tak, jakbym była w ukrytej kamerze. Jakby to był żart, tylko że wyjątkowo mało śmieszny. Co ja miałam zrobić? Powiedzieć mu prawdę? Pieprzony Jack! Wpakował mnie w niezłe bagno! Zabiję gnoja, przysięgam!
- To wyjątkowo głupi pomysł - zaczęłam nieśmiało. - Nic mi nie powiedzą, nawet jeśli coś wiedzą. A Kim będzie wściekła.
- Ally, błagam, pomóż mi! - jęknął i złapał mnie za rękę. - Muszę to wiedzieć!
W jego oczach była prawdziwa desperacja. I prośba o pomoc. I smutek. Serce mi pękało.
- Dobrze, Garby, zapytam - westchnęłam. - Ale nie obiecuję, że czegoś się dowiem.
- Dziękuję! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! - przytulił mnie i wyszedł.
Siedziałam i nie byłam zdolna do żadnego ruchu. Nie powinnam się zgadzać. Co ja teraz zrobię? Cholera, Ally! Dlaczego nie możesz przejść przez liceum z normalnymi problemami - pryszcz na czole, zbyt tłusty tyłek, brak partnera na bal wiosenny? Nie. Ja muszę obiecywać przyjacielowi, że pomogę mu poznać tajemniczego chłopaka, z którym zdradza go dziewczyna. Chłopaka, który jest moim bratem i którego kryję od kilku tygodni. Brawo, Ally! Właśnie zdobyłaś kolejny szczyt głupoty!
- Znowu pokłóciłaś się ze Snowem? - głos Trish zabrzmiał jak wystrzał. Nie zauważyłam kiedy weszła.
- Zrobiłam coś głupiego - jęknęłam.
- Coś głupszego niż spotkania i świąteczny obiad z Dave'm? - zapytała z ironią moja przyjaciółka.
- Słucham?!
Obie podskoczyłyśmy. Trish była przerażna. Nie musiałam patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że na mojej twarzy widnieje ten sam strach. W drzwiach stał Austin.
- O mój Boże - szepnęłam.
- Dokończ Trish, chętnie posłucham - blondyn wciąż nie ruszył się spod drzwi.
- Nie ma o czym mówić, rozmawiamy o filmie - brunetka pierwsza odzyskała zimną krew. Wiedziałam, że będzie szła w zaparte, nawet, jeśli ktoś podda ją torturom. Tylko że Austin nie był idiotą. A ja wyglądałam jak dziecko przyłapane na kradzieży w sklepie ze słodyczami.
- Czyżby? - prychnął z ironią.
- Trish - posłałam jej rozpaczliwe spojrzenie. Zrozumiała.
- Przepraszam - szepnęła. Uścisnęła moją dłoń i wyszła.
Zostaliśmy sami. Ja na tej ławce, chłopak oparty o framugę.
- Austin - zaczęłam, ale przerwał mi.
- Kim jest Dave?
- Austin, ja ci to wszystko wytłumaczę!
- Kim jest Dave? - powtórzył zimno.
- Znajomym. Kolegą. Nie wiem. Bardzo mi pomógł - wyrzuciłam z siebie szybko.
- Ach tak?
- Proszę, przestań! - nie mogłam znieść jego spojrzenia i tonu. Czułam się winna. A nie chciałam się tak czuć. Przecież nie zrobiłam nic złego. Nie zdradziłam go. - Nie zachowuj się jak urażone dziecko. Dave był przy mnie, kiedy mnie zostawiłeś. Pomagał mi trzymać się w pionie i kompletnie nie rozpaść. Jestem mu za to wdzięczna. Za to, że zawsze miał czas mnie wysłuchać czy po prostu razem pomilczeć. Za to, że mogłam na niego liczyć, kiedy ty złamałeś mi serce. Wyjechałeś, Austin! Rozumiesz?! Nie miałam pojęcia czy i kiedy wrócisz! Nie chciałam płakać i siedzieć zamknięta w pokoju. Chciałam iść na przód. A przynajmniej próbować. I Dave mi w tym pomagał.
W trakcie wypowiadania kolejnych słów, zbliżałam się coraz bliżej blondyna. Teraz dzieliły nas tylko centymetry. Chciałam żeby mnie przytulił. Chciałam usłyszeć coś w stylu: "kochanie, przepraszam! To moja wina, rozumiem cię. Nie wracajmy do tego więcej." To było naiwne, ale całą sobą pragnęłam to usłyszeć. Albo coś innego. Coś dobrego. Coś, co zabierze ode mnie tę gulę, która narastała w moim gardle. Cokolwiek. Tylko nie tę ciszę.
- Najwyraźniej to wcale nie była taka wielka miłość, skoro tak szybko pocieszyłaś się po moim wyjeździe.
Ja wiem, że Austin był wściekły. Totalnie to rozumiałam, ale jego słowa mnie zabolały.
- Jak możesz wątpić w to, co do ciebie czuję? - zapytałam urażona. - Austin! Nie słyszałeś tego, co powiedziałam?! Byłam w całkowitej rozsypce! Płakałam i płakałam, i nie chciałam już czuć tego bólu. Nie chciałam niszczyć świąt swoją rozpaczą. Potrzebowałam kogoś, komu mogłabym opowiedzieć o tym, jak bardzo mi źle. Padło na Dave'a. Nigdy nic między nami nie zaszło! Jak możesz tak myśleć?! Przecież mnie znasz!
- Najwyraźniej nie - wzruszył ramionami, całkowicie ignorując moje wcześniejsze słowa. - Ally, którą znam, nie ukrywałaby czegoś, co uważałaby za coś, bez znaczenia.
- Czyli co? Sądzisz, że pieprzę się z Dave'm w jego domu, tak, żeby nikt nas nie widział? - rzuciłam z ironią.
- Nie wiem - prychnął. - Lubisz także kuchenne blaty.
Tego było już zbyt wiele. Spoliczkowałam go i wyszłam stamtąd, pozostawiając go w osłupieniu. Było już po dzwonku i ryzykowałam kozą, gdyby ktoś przyłapał mnie na włóczeniu się po korytarzu, ale miałam to gdzieś. Byłam zła. Nie. Byłam wściekła! Okropnie! Cholernie, cholernie wściekła! Na Trish, za jej głupie komentarze, na siebie, za ukrywanie Dave'a, ale najbardziej na Austina. Wiem, że na jego miejscu także byłabym zraniona i zdenerwowana. Zrobiłabym straszną awanturę, wrzeszczałabym, rzucała wszystkim, co miałabym pod ręką. Pewnie bym także się popłakała, ale w końcu dałabym sobie wszystko wytłumaczyć. Tak bym postąpiła. A Austin mnie upokorzył. Wciąż widziałam jego zimne, ironiczne spojrzenie, gdy rzucał ten komentarz o blatach. Miałam tylko nadzieję, że uderzyłam go naprawdę mocno. Żałowałam, że nie wykonałam ciosu, którego nauczył mnie brat - to złamałoby mu nos. A ja chciałam żeby fizycznie cierpiał. W tym momencie naprawdę go nienawidziłam.
Usiadłam pod ścianą i starałam się uspokoić rozbiegane myśli.
- Należało mu się - syknęłam i ze zdumieniem odkryłam, że w moim głosie słychać płacz.
O nie! Nie będę płakała! Nie tym razem! Objęłam kolana rękoma i zamknęłam oczy. Jeden... dwa, trzy... Zasłużył na to... cztery... To on cię zostawił... pięć, siedem... Gdzie te pieprzone sześć?! Sześć, siedem... Oddychaj, Ally... osiem...
- Allyson, przebywanie na korytarzu w czasie lekcji jest surowo zakazane!
Super! Jeszcze tego mi brakowało!
Nie podnosząc wzroku, wyburczałam coś w odpowiedzi.
- Allyson, wstań!
Najwyraźniej Snow myślał, że umyślnie go ignoruję. Posłusznie wstałam, ale nie podniosłam głowy. Wiedziałam, że w moich oczach widać łzy, a nie chciałam żeby ten człowiek to zobaczył. Wystarczy już upokorzeń jak na jeden dzień.
- Spójrz na mnie.
- Niech mnie pan wyśle do kozy albo do gabinetu dyrektor Cornflower i skończmy ten cyrk - powiedziałam łamiącym się głosem.
- Co się stało? - zapytał po prostu.
Nie spodziewałam się tego. Jego ton także brzmiał inaczej. Tak ciepło i miło. Podniosłam wzrok. Na jego twarzy widniała troska. To było dziwne. I upiorne. I do niego niepodobne. I całkowicie mnie rozpieprzyło. Wybuchnęłam płaczem.
- Chodź, Allyson - złapał mnie za ramię i zaprowadził do sali, z której niedawno wyszłam.
- Słucham - usiadł na biurku i podał mi chusteczkę.
- Dziękuję - otarłam łzy i usiadłam na blacie ławki. - Byłam naiwna, myślałam, że mogę traktować innych jak swoją tarczę i teraz to się na mnie mści.
Wyrzuciłam z siebie wszystko. Mówiłam i mówiłam. O Dave'ie, o Austinie, o tym wieczorze, gdy poznałam blondyna, o Sarasocie, o remoncie, o Cass, o spotkaniach z Dave'm, o musicalu, o balu, o tym, jak Aus mnie zostawił, o świętach, o tym, jak strasznie cierpiałam, o powrocie chłopaka, o sylwestrze, o Trish, o dzisiejszej kłótni, o tym, że mnie upokorzył. Mówienie sprawiało mi ulgę. I naprawdę nie miało znaczenia, że osobą, do której kieruję swoje słowa, której opowiadam swoje najgłębiej skrywane uczucia, jest Snow, znienawidzony nauczyciel chemii, a prywatnie brat mojej macochy.
- Masz okropny charakter, Allyson - zaczął mężczyzna, kiedy w końcu zamilkłam. - Jesteś bezczelna, arogancka, chcesz wszystko wiedzieć, robisz problem z każdego szczegółu. Masz manię kontrolowania wszystkiego i wpadasz w panikę, kiedy tracisz tę kontrolę. Nie umiesz sobie radzić z problemami i stresem. Jesteś nadwrażliwa, nadpobudliwa i niepewna siebie. Boisz się samotności i utraty bliskich. Nie umiesz okazywać uczuć. Kiedy ktoś cię zrani, odpłacasz mu tym samym. Niezbyt zachęcający obraz, prawda? A właśnie taka Allyson wyłania się z twojej opowieści. Bez wątpienia to prawdziwa ty, ale masz jeszcze kilka innych cech. Dobrych cech. Nie zapominaj o tym. Nie znam cię zbyt dobrze, Austina znam jeszcze mniej, ale znam życie i wiem, że czasami podejmujemy decyzje, które nie podobają się innym, ale uszczęśliwiają nas. Ty tak zrobiłaś. Nie musisz czuć się winna. To był twój wybór i nikt inny nie musi się z nim zgadzać.
- Tak pan myśli? - zapytałam.
- Oczywiście. Jeszcze wielokrotnie się przekonasz, że czasami trzeba powiedzieć sobie "trudno" i wzruszyć ramionami. To bardzo piękne, że tak dbasz o szczęście twoich bliskich, ale nie zapomniaj o sobie. Musisz dbać także i przede wszystkim o swoje szczęście. Nawet jeśli zranisz część ludzi, których kochasz.
- W ranieniu tych, których kocham jestem mistrzynią - przyznałam szczerze.
- Pozwól, że udzielę ci rady - spojrzał na mnie, a ja zauważyłam, że w jego spojrzeniu czai się smutek, jak gdyby coś wspominał. - Nie pozwól odejść ludziom, których kochasz.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się szczerze. - Dziękuję. Naprawdę. Bardzo mi pan pomógł. Ja to doceniam. I przepraszam. Za to co powiedziałam na weselu, to było niepotrzebne. Strasznie mi przez to głupio. I przepraszam za to, jak zachowywałam się na lekcjach.
- Leć, Allyson - teraz to on się uśmiechnął.
Miałam wrażenie, że nasza rozmowa także jemu dała dużo do myślenia. Może i on miał jakieś swoje niezałatwione sprawy? Postanowiłam porozmawiać o tym z Kathy. Ale najpierw musiałam zrobić coś innego. Szybko przemknęłam korytarzem. Szczęście mi sprzyjało, nie natknęłam się na Cornflower. Ostrożnie uchyliłam drzwi od ganku. Był tam. Siedział na ławce. Wzięłam głęboki oddech. Teraz albo nigdy.
- Przepraszam, Austin - szepnęłam. - Powinnam była ci powiedzieć, ale się bałam. Nie chciałam żebyś to źle zinterpretował. Dave to tylko ktoś, z kim mogę porozmawiać, wygadać się. Ty jesteś kimś, bez kogo nie potrafię żyć. Rozpadam się bez ciebie. Tak było od pierwszego dnia, gdy zobaczyłam cię   na sali gimnastycznej. Jesteś mi potrzebny. I nawet jeśli teraz mnie nienawidzisz, i chcesz żebym odeszła, nie zrobię tego.
- Nie - powiedział tylko tyle.
Czekałam.
Wstał i uważnie na mnie spoglądał.
- Płakałaś - stwierdził, podchodząc bliżej.
Milczałam. Powiedziałam już wszystko, teraz czas na jego ruch.
- Przepraszam - okręcił sobie na palcu mój lok. - Powiedziałem coś, czego nie chciałem.
Skinęłam głową.
- Byłem zły. Na siebie. I bałem się, że mógłbym cię stracić bez swoją głupotę. Bałem się, że znalazłaś kogoś, kto mógłby mnie zastąpić.
Podniosłam wzrok i spojrzałam w jeho oczy. Uśmiechnęłam się z czułością.
- Głuptasie - pokręciłam głową. - Choćbym szukała miliardy lat i przemierzyła cały świat, ba, cały wszechświat, nikt nigdy nie będzie w stanie cię zastąpić.
- Zero tajemnic? - zapytał.
- Umowa stoi - uśmiechnęłam się.
Blondyn przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Odwzajemniłam pocałunek. Gula z gardła zniknęła. Pulsujący ból, który pojawiał się zawsze, gdy kłóciłam się z Austinem, a później rozrastał się tak, aż w końcu ja sama byłam jednym wielkim bólem, zniknął także. Kiedyś przeczytałam, że gdy kogoś kochamy, ten ktoś wyjmuje jakiś malutki kawałeczek z naszego serca i wkłada swój własny. A później, gdy odchodzi, zabiera go ze sobą. Zostawia nas z dziurą. I chociaż wrzucamy tam wszystko, staramy się ją jakoś zapełnić, nie udaje się nam. Zostajemy z tą dziurą. Dziurą, której nie zabetonujemy. Nigdy. Nie rozumiałam tych słów aż do dzisiejszego dnia. Ten ból, który pojawiał się za każdym razem, gdy Austin wymykał się z moich rąk - to była ta dziura. Nie chciałam jej. Bałam się jej. Snow powiedział, że trzeba dbać o swoje szczęście. Moim szczęściem jest Austin. I nie pozwolę mu odejść.
_________________________________

Hiya!
Tysia, nie bij, love!
Moje Maleństwo umiera z bólu w domu, więc wszyscy wysyłamy pokłady dobrej energii i zdrowia!

Wybaczcie błędy i literówki, kolejny odcinek "Sex and the city" czeka. Najgorsze co mogło mnie spotkać - darmowe amerykańskie kanały w telewizji. Tryb no life: mode: on.

Do weekendu!

wasza m.